|
Za oknem zima. Mróz. Rano wychodzę na ulicę i widzę, jak oddech zamienia się w parę. Taka pogoda sprawia, że chce się zostać w domu. Napić kawy z kardamonem. Posłuchać skandynawskiego jazzu. Pogadać z kimś bliskim. W zimie zawsze przypomina mi się pewna historia. Opowiadał ją Schopenhauer – filozof, którego bardzo sobie cenię. I jest to opowieść o jeżach. W zimny dzień grupa jeży próbuje się ogrzać. Podchodzą bliżej i kłują się nawzajem kolcami. Odskakują. Za chwilę jest im znowu zimno, więc próbują dalej. I tak w kółko. Szukają tej jednej, dobrej odległości, gdzie jest wystarczająco ciepło, ale już się nie ranią. Czasem myślę, że my ludzie robimy to samo. Potrzebujemy bliskości. Kontaktu. Ciepła od drugiego człowieka. Ale jak podejdziemy za blisko, to zaczynają się tarcia. Nasze wady, różnice, oczekiwania. Te wszystkie „kolce”, które w sobie nosimy. I wtedy odskakujemy. Bo boli. Ale jak oddalamy się za bardzo, to robi się pusto. Samotnie. Zimno. I zaczynamy taniec. Jak w obrazie Matisse'a, o którym pisałem ostatnio. Dwa kroki do siebie, jeden w tył. Czasem w ogóle nie wiemy, jak blisko chcemy z kimś być. Czasem myślimy, że wiemy, a okazuje się, że dla drugiej osoby to zupełnie inny dystans. W pracy widzę to codziennie. Lider chce być bliżej zespołu, a ludzie czują się kontrolowani. Albo próbuje dać ludziom przestrzeń, a zespół myśli, że mu na nich nie zależy. W związku partner mówi „potrzebuję chwili dla siebie”, a drugi słyszy „nie zależy ci na mnie”. I nikt nie ma racji. Bo nie ma jednej, uniwersalnej odległości. Dla każdej relacji ona jest inna. I zmienia się w czasie. Schopenhauer był pesymistą. Uważał, że ludzie z natury są samotni i najlepiej jest jak są w dystansie. Ja myślę inaczej. Myślę, że ten taniec to właśnie bliskość. Że relacja to nie stan, ale ruch. Ciągłe szukanie. Próbowanie. Pytanie: „jak teraz? Dobrze? Nie dobrze? Podejść bliżej?”. Może w tym właśnie jest piękno. Że nie ma gotowej odpowiedzi. Że musimy cały czas rozmawiać. Sprawdzać. Być uważnymi na siebie i na drugiego. I że czasem po prostu będzie nam zimno. A czasem ukłują nas kolce. I to też jest w porządku. Bo jeże, przynajmniej w tej metaforze, w końcu znajdują tę „właściwą” odległość. Nie idealną. Ale wystarczająco dobrą, żeby przetrwać zimę razem. A Ty? Czujesz czasem, że szukasz tej „dobrej” odległości z kimś bliskim? Albo w pracy? Jeśli chcesz, napisz mi. Chętnie poczytam, jak Ty to widzisz. |
Poniżej znajdziesz kilka ostatnich wydań newslettera. Rzuć na nie okiem w wolnej chwili i daj się zainspirować.
Wczoraj byłem z przyjaciółmi na wystawie „Henri Matisse” w Tichauer Art Gallery w Tychach. Jak zwykle się nie zawiodłem. Trafiłem tam na litografię La Danse – graficzną wersję słynnego obrazu Matisse'a z 1910 roku. Pięć czerwonych postaci tańczy w kręgu na tle niebieskiego nieba i zielonej ziemi. Symbol radości, jedności, wyzwolenia. Henri Matisse, Dance (1909-1910) Ale najbardziej zaintrygowała mnie jedna rzecz – krąg się nie domyka. Dwie dłonie prawie się dotykają. Prawie. Ale nie do końca....
Trafiłem ostatnio na zdanie, które wierci mi dziurę w głowie od kilku dni: „Należy kochać osobę, którą ma się przed sobą, a nie cel, który się dla niej ustanowiło”. Czytam je raz, drugi, trzeci. I za każdym razem coś we mnie pęka. Bo to zdanie dotyka czegoś, co widzę niemal na każdej sesji rozwojowej. Ktoś mówi: „Zależy mi na rozwoju mojego zespołu”. I wierzę, że to jest szczere. Ale kiedy zaczynamy kopać głębiej, okazuje się, że pod tym „rozwojem” kryje się coś zupełnie innego. Obraz....
Przez cały sierpień i wrzesień jeździłem rowerem wzdłuż Rudawy. Zawsze tą samą trasą. I zawsze w tym samym miejscu – tuż przed Mydlnikami – zwalniałem. Tam, gdzie drewniana ścieżka prowadzi przez łąkę do placu zabaw. Stały tam duże, solidne huśtawki. Takie, na których można się naprawdę rozkołysać. I za każdym razem, kiedy je mijałem, coś we mnie mówiło: „Zatrzymaj się. Pohuśtaj się”. Ale nigdy się nie zatrzymywałem. Bo co sobie pomyślą rodzice z dziećmi? Co pomyślą ludzie, którzy szli obok?...