|
Jechaliśmy z Olą w Gorce. Droga długa, rozmowa leniwa, jeden z tych momentów, kiedy myśli płyną same. I nagle, nie wiem skąd, wyskoczył mi temat kosmitów. – A co, jeśli tam ktoś jest? – zapytałem. Ola zastanowiła się chwilę. – A co, jeśli tam nikogo nie ma? I wtedy poczułem coś dziwnego. Jakiś taki lekki niepokój. Jakby ta druga opcja była… cięższa. Dlaczego tak bardzo chcemy, żeby „ktoś tam był”? Bo to by znaczyło, że ktoś wie lepiej. Ktoś już przez to przeszedł. Może patrzy. Może pomoże. A jeśli tam nikogo nie ma? To zostajemy sami. I wszystko, co robimy – to nasza odpowiedzialność. Rozpoznaję ten wzorzec z pracy z liderkami i liderami. Ktoś przychodzi na sesję i mówi: „Nie wiem, czy dobrze to robię”. I czeka. Czeka, aż mu powiem, że robi dobrze. Albo źle. Czasem też tak mam. Szukam potwierdzenia „na zewnątrz”. Kogoś, kto mi powie: „OK, robisz to dobrze”. Kogoś, kto zdejmie ze mnie ciężar decyzji, odpowiedzialności. Bo wtedy czuję się bezpieczniej. I widzę, jakie to bardzo ludzkie. Jak bardzo potrzebujemy kogoś „wyżej”. Kogoś, kto wie lepiej. Bogowie, autorytety, eksperci, liderzy, guru. Ktoś, kto powie nam, co robić. I właśnie dlatego tak bardzo chcemy wierzyć, że ktoś tam jest. I to nie jest złe. To działa. Uspokaja lęk. Daje narrację, która nas przekracza. Ale ma też swoją cenę. Bo kiedy szukam sensu na zewnątrz, przestaję go budować tutaj. Między ludźmi. W tym, co robię. W prostych wyborach. Ostatnio, kiedy łapię się na tym, że czekam na czyjąś opinię, próbuję się zatrzymać. I zapytać siebie – a co ja o tym myślę? Co ja czuję? Nie zawsze mam odpowiedź. Często jest cicha, niepewna. Ale samo zatrzymanie już coś zmienia. Bo wtedy nie uciekam. Zostaję ze sobą. Choćby na chwilę. I wtedy pojawia się pytanie, które nie chce mnie puścić: Czy potrafimy żyć sensownie, jeśli nikt nie patrzy? Myślę, że dojrzałość zaczyna się właśnie tutaj. Kiedy przestajemy pytać: „czy ktoś tam jest?”, a zaczynamy pytać: „czy ja jestem tu naprawdę?” Bez gwarancji. Bez świadków. Bez planu B. To trudne. Dla mnie też. Ale może właśnie to jest ta wolność, o której tyle się dzisiaj mówi. Jeśli chcesz, napisz mi, co w tej myśli jest dla Ciebie najbardziej niepokojące… albo najbardziej uwalniające. |
Poniżej znajdziesz kilka ostatnich wydań newslettera. Rzuć na nie okiem w wolnej chwili i daj się zainspirować.
Za oknem zima. Mróz. Rano wychodzę na ulicę i widzę, jak oddech zamienia się w parę. Taka pogoda sprawia, że chce się zostać w domu. Napić kawy z kardamonem. Posłuchać skandynawskiego jazzu. Pogadać z kimś bliskim. W zimie zawsze przypomina mi się pewna historia. Opowiadał ją Schopenhauer – filozof, którego bardzo sobie cenię. I jest to opowieść o jeżach. W zimny dzień grupa jeży próbuje się ogrzać. Podchodzą bliżej i kłują się nawzajem kolcami. Odskakują. Za chwilę jest im znowu zimno, więc...
Wczoraj byłem z przyjaciółmi na wystawie „Henri Matisse” w Tichauer Art Gallery w Tychach. Jak zwykle się nie zawiodłem. Trafiłem tam na litografię La Danse – graficzną wersję słynnego obrazu Matisse'a z 1910 roku. Pięć czerwonych postaci tańczy w kręgu na tle niebieskiego nieba i zielonej ziemi. Symbol radości, jedności, wyzwolenia. Henri Matisse, Dance (1909-1910) Ale najbardziej zaintrygowała mnie jedna rzecz – krąg się nie domyka. Dwie dłonie prawie się dotykają. Prawie. Ale nie do końca....
Trafiłem ostatnio na zdanie, które wierci mi dziurę w głowie od kilku dni: „Należy kochać osobę, którą ma się przed sobą, a nie cel, który się dla niej ustanowiło”. Czytam je raz, drugi, trzeci. I za każdym razem coś we mnie pęka. Bo to zdanie dotyka czegoś, co widzę niemal na każdej sesji rozwojowej. Ktoś mówi: „Zależy mi na rozwoju mojego zespołu”. I wierzę, że to jest szczere. Ale kiedy zaczynamy kopać głębiej, okazuje się, że pod tym „rozwojem” kryje się coś zupełnie innego. Obraz....