🗝️ Drogi nie można pożyczyć


W ostatnim newsletterze pisałem Ci o kosmitach. O tym, jak bardzo chcemy, żeby „ktoś tam był”. Ktoś mądrzejszy, ktoś z zewnątrz, ktoś kto wie więcej i zdejmie z nas ciężar odpowiedzialności za własne życie. Ten tekst był o potrzebie zewnętrznego punktu oparcia.

Dzisiaj chcę pójść o krok dalej. I przyznam, że to jeden z trudniejszych tekstów, jakie przyszło mi napisać. Bo dotyczy czegoś, co jest zdecydowanie bliżej mnie niż kosmici.

Przez prawie czterdzieści lat życia musiałem mieć kogoś, na kim się „powieszę”.

Nauczyciela. Mistrza. Guru. Kogoś, kto wie lepiej. Kto ma odpowiedź. Kto mi powie, dokąd iść.

Cytowałem ich zachłannie. Budowałem swoje myślenie na ich słowach. Czułem się bezpieczniej, kiedy miałem oparcie w kimś mądrzejszym.

I to wcale nie była słabość. To było bardzo ludzkie - tak myślę.

Ale przyszły czterdzieste urodziny. I coś zaczęło się zmieniać. Powoli, bez jakiegoś dramatycznego przełomu. Pamiętam, że trafiłem na prace Roberta Kegana – psychologa, który całe życie poświęcił temu, jak rozwijamy się mentalnie jako dorośli. Jak przesuwamy się od myślenia zależnego od innych w stronę swojego myślenia, niezależnego. Zrozumiałem, że podążanie za autorytetami to pewien etap. Ważny. Potrzebny. Ale – jednak etap.

Potem wpadła mi w ręce „Siddhartha” Hessego. Ta książka stała się czymś w rodzaju mojego osobistego manifestu. Bo Siddhartha odchodzi od Buddy – właśnie od Buddy – żeby odnaleźć własną drogę. Nie dlatego, że Budda się myli. Ale dlatego, że drogi nie można pożyczyć.

Można iść tylko swoją.

***

Myślałem o tym długo. I chyba właśnie dlatego, gdy ostatnio trafiłem na przemówienie Krishnamurtiego, poczułem, że to nie przypadek.

Jest 3 sierpnia 1929 roku. Krishnamurti stoi przed trzema tysiącami ludzi, którzy przez osiemnaście lat przygotowywali się na jego przyjście jako Nauczyciela Świata. I rozwiązuje Zakon, który stworzono, żeby go ogłosić.

Mówi wtedy:

„Jesteście przyzwyczajeni do autorytetu lub atmosfery autorytetu, o którym myślicie, że doprowadzi was do duchowości. Myślicie i macie nadzieję, że ktoś inny swoją niezwykłą mocą – cudem – przeniesie was do tej krainy wiecznej wolności, którą jest Szczęście. Cały wasz pogląd na życie opiera się na tym autorytecie”.

I dalej:

„Gdy szukacie autorytetu, który poprowadzi was do duchowości, automatycznie budujecie wokół niego organizację. Przez sam fakt stworzenia tej organizacji jesteście zamknięci w klatce”.

Czytałem to i czułem rosnący dyskomfort.

I nawet teraz, pisząc do Ciebie ten newsletter – czuję coś podobnego. Bo sam jestem częścią tego mechanizmu. Przychodzą do mnie maile z prośbą o radę. Słucham, jak ktoś mówi, że moje słowa coś w nim zmieniły. Rozmawiam z ludźmi, którzy cytują moje myśli jak gotowe odpowiedzi. I to wszystko – nie ukrywam – bardzo łechce moje ego.

Ale gdzieś głębiej siedzi we mnie coś, co nie daje mi spokoju.

Nie chcę być dla Ciebie autorytetem.

Naprawdę.

Nie dlatego, żeby być fałszywie skromnym. Ale dlatego, że wiem, ile kosztuje mnie samego zrozumienie, że drogi nie można pożyczyć. Że cudze słowa mogą zapalić lampę. Ale iść musisz sam.

Krishnamurti powiedział: „Jedyna moja troska to wyzwolenie człowieka – absolutne, bezwarunkowe”. Nie chodziło mu o to, żeby mieć uczniów. Wręcz przeciwnie.

Być może po to też piszę te newslettery. Nie żebyś szedł moją drogą. Żebyś znalazł własną.

***

Zostawiam Cię z jednym pytaniem. Niespiesznym.

Czy jest w Twoim życiu ktoś, za kim podążasz? I czy to podążanie jest Twoim wyborem, czy wygodną ucieczką od własnej decyzji?

Odpisz, jeśli chcesz. Chętnie poczytam, co to pytanie w Tobie uruchomiło.

Hej! Tu Mariusz – twórca Zwinnego Newslettera.

Poniżej znajdziesz kilka ostatnich wydań newslettera. Rzuć na nie okiem w wolnej chwili i daj się zainspirować.

Read more from Hej! Tu Mariusz – twórca Zwinnego Newslettera.

Jechaliśmy z Olą w Gorce. Droga długa, rozmowa leniwa, jeden z tych momentów, kiedy myśli płyną same. I nagle, nie wiem skąd, wyskoczył mi temat kosmitów. – A co, jeśli tam ktoś jest? – zapytałem. Ola zastanowiła się chwilę. – A co, jeśli tam nikogo nie ma? I wtedy poczułem coś dziwnego. Jakiś taki lekki niepokój. Jakby ta druga opcja była… cięższa. Dlaczego tak bardzo chcemy, żeby „ktoś tam był”? Bo to by znaczyło, że ktoś wie lepiej. Ktoś już przez to przeszedł. Może patrzy. Może pomoże. A...

Za oknem zima. Mróz. Rano wychodzę na ulicę i widzę, jak oddech zamienia się w parę. Taka pogoda sprawia, że chce się zostać w domu. Napić kawy z kardamonem. Posłuchać skandynawskiego jazzu. Pogadać z kimś bliskim. W zimie zawsze przypomina mi się pewna historia. Opowiadał ją Schopenhauer – filozof, którego bardzo sobie cenię. I jest to opowieść o jeżach. W zimny dzień grupa jeży próbuje się ogrzać. Podchodzą bliżej i kłują się nawzajem kolcami. Odskakują. Za chwilę jest im znowu zimno, więc...

Wczoraj byłem z przyjaciółmi na wystawie „Henri Matisse” w Tichauer Art Gallery w Tychach. Jak zwykle się nie zawiodłem. Trafiłem tam na litografię La Danse – graficzną wersję słynnego obrazu Matisse'a z 1910 roku. Pięć czerwonych postaci tańczy w kręgu na tle niebieskiego nieba i zielonej ziemi. Symbol radości, jedności, wyzwolenia. Henri Matisse, Dance (1909-1910) Ale najbardziej zaintrygowała mnie jedna rzecz – krąg się nie domyka. Dwie dłonie prawie się dotykają. Prawie. Ale nie do końca....