|
Trafiłem ostatnio na zdanie, które wierci mi dziurę w głowie od kilku dni: „Należy kochać osobę, którą ma się przed sobą, a nie cel, który się dla niej ustanowiło”. Czytam je raz, drugi, trzeci. I za każdym razem coś we mnie pęka. Bo to zdanie dotyka czegoś, co widzę niemal na każdej sesji rozwojowej. Ktoś mówi: „Zależy mi na rozwoju mojego zespołu”. I wierzę, że to jest szczere. Ale kiedy zaczynamy kopać głębiej, okazuje się, że pod tym „rozwojem” kryje się coś zupełnie innego. Obraz. Projekcja. Wizja tego, kim ta osoba powinna się stać. „Ma potencjał, ale musi się nauczyć asertywności”. „Jest dobra, ale powinna więcej się angażować”. „Widzę w nim przyszłego managera, tylko musi przestać być taki ostrożny”. I wtedy zaczynamy działać. Coachujemy, wspieramy, dajemy feedback. Wszystko z dobrą intencją. Ale gdzieś w środku tego procesu gubimy coś fundamentalnego. Gubimy człowieka, który siedzi naprzeciwko. Bo nie kochamy go takiego, jaki jest. Kochamy ten obraz, który sobie stworzyliśmy. Kochamy przyszłą, „ulepszoną” wersję. Kochamy cel, który dla niego wyznaczyliśmy. A ta osoba to czuje. Może nie potrafi tego nazwać, ale czuje, że coś jest nie tak. Że jest widziana przez filtr oczekiwań. Że jej obecność jest niewystarczająca. Że dopiero kiedy „dorośnie”, „zmieni się”, „nauczy się” – wtedy będzie naprawdę dostrzeżona. Carl Rogers, psychoterapeuta, nazwał to kiedyś „warunkami wartości”. Dajesz komuś do zrozumienia: „Jesteś wartościowy, ale… pod warunkiem, że będziesz inny”. I to jest cholernie trudne do przyjęcia. Bo to nie jest prawdziwa miłość. To transakcja. * * *Sam się na tym łapię. Kiedy rozmawiam z kimś bliskim, kiedy prowadzę sesje rozwojowe, kiedy spotykam się z przyjaciółmi. Czasem zamiast być tam, gdzie jestem, zaczynam myśleć: „Dobrze by było, gdyby…”. I nagle już nie jestem w relacji. Jestem w swoim planie na drugą osobę. To nie znaczy, że nie możemy chcieć dla kogoś rozwoju. Możemy. Ale to chcenie musi się rodzić z miłości do tej osoby tutaj, teraz – a nie z projekcji tego, kim ta osoba mogłaby się stać. Bo jeśli nie widzę człowieka, który siedzi obok; jeśli dostrzegam tylko potencjał, obietnicę, perspektywę – to tak naprawdę nie jestem w relacji. Jestem w swoim wyobrażeniu. * * *A Ty? Zatrzymaj się na moment i zadaj sobie pytanie: Czy widzisz ludzi, z którymi pracujesz, takimi, jacy są? Czy może widzisz ich przez pryzmat tego, kim chciałbyś, żeby się stali? Bez oceny. Bez pośpiechu. Po prostu to zauważ. Bo prawdziwa zmiana zaczyna się wtedy, gdy ktoś czuje, że jest widziany. Nie jako projekt. Nie jako potencjał. Ale jako człowiek. Tu i teraz. Jeśli to w Tobie coś poruszyło, odpisz. Chętnie usłyszę, jak Ty o tym myślisz. Tradycyjnie dzięki za wszystkie maile, a szczególnie za te o Waszych szalonych pomysłach i marzeniach (ogolenie głowy na łyso to był hit 😁) po liście o huśtawce. |
Poniżej znajdziesz kilka ostatnich wydań newslettera. Rzuć na nie okiem w wolnej chwili i daj się zainspirować.
Za oknem zima. Mróz. Rano wychodzę na ulicę i widzę, jak oddech zamienia się w parę. Taka pogoda sprawia, że chce się zostać w domu. Napić kawy z kardamonem. Posłuchać skandynawskiego jazzu. Pogadać z kimś bliskim. W zimie zawsze przypomina mi się pewna historia. Opowiadał ją Schopenhauer – filozof, którego bardzo sobie cenię. I jest to opowieść o jeżach. W zimny dzień grupa jeży próbuje się ogrzać. Podchodzą bliżej i kłują się nawzajem kolcami. Odskakują. Za chwilę jest im znowu zimno, więc...
Wczoraj byłem z przyjaciółmi na wystawie „Henri Matisse” w Tichauer Art Gallery w Tychach. Jak zwykle się nie zawiodłem. Trafiłem tam na litografię La Danse – graficzną wersję słynnego obrazu Matisse'a z 1910 roku. Pięć czerwonych postaci tańczy w kręgu na tle niebieskiego nieba i zielonej ziemi. Symbol radości, jedności, wyzwolenia. Henri Matisse, Dance (1909-1910) Ale najbardziej zaintrygowała mnie jedna rzecz – krąg się nie domyka. Dwie dłonie prawie się dotykają. Prawie. Ale nie do końca....
Przez cały sierpień i wrzesień jeździłem rowerem wzdłuż Rudawy. Zawsze tą samą trasą. I zawsze w tym samym miejscu – tuż przed Mydlnikami – zwalniałem. Tam, gdzie drewniana ścieżka prowadzi przez łąkę do placu zabaw. Stały tam duże, solidne huśtawki. Takie, na których można się naprawdę rozkołysać. I za każdym razem, kiedy je mijałem, coś we mnie mówiło: „Zatrzymaj się. Pohuśtaj się”. Ale nigdy się nie zatrzymywałem. Bo co sobie pomyślą rodzice z dziećmi? Co pomyślą ludzie, którzy szli obok?...