Kochać osobę, a nie jej przyszły obraz 💭


Trafiłem ostatnio na zdanie, które wierci mi dziurę w głowie od kilku dni:

„Należy kochać osobę, którą ma się przed sobą, a nie cel, który się dla niej ustanowiło”.

Czytam je raz, drugi, trzeci. I za każdym razem coś we mnie pęka.

Bo to zdanie dotyka czegoś, co widzę niemal na każdej sesji rozwojowej. Ktoś mówi: „Zależy mi na rozwoju mojego zespołu”. I wierzę, że to jest szczere. Ale kiedy zaczynamy kopać głębiej, okazuje się, że pod tym „rozwojem” kryje się coś zupełnie innego.

Obraz. Projekcja. Wizja tego, kim ta osoba powinna się stać.

„Ma potencjał, ale musi się nauczyć asertywności”.

„Jest dobra, ale powinna więcej się angażować”.

„Widzę w nim przyszłego managera, tylko musi przestać być taki ostrożny”.

I wtedy zaczynamy działać. Coachujemy, wspieramy, dajemy feedback. Wszystko z dobrą intencją. Ale gdzieś w środku tego procesu gubimy coś fundamentalnego.

Gubimy człowieka, który siedzi naprzeciwko.

Bo nie kochamy go takiego, jaki jest. Kochamy ten obraz, który sobie stworzyliśmy. Kochamy przyszłą, „ulepszoną” wersję. Kochamy cel, który dla niego wyznaczyliśmy.

A ta osoba to czuje. Może nie potrafi tego nazwać, ale czuje, że coś jest nie tak. Że jest widziana przez filtr oczekiwań. Że jej obecność jest niewystarczająca. Że dopiero kiedy „dorośnie”, „zmieni się”, „nauczy się” – wtedy będzie naprawdę dostrzeżona.

Carl Rogers, psychoterapeuta, nazwał to kiedyś „warunkami wartości”. Dajesz komuś do zrozumienia: „Jesteś wartościowy, ale… pod warunkiem, że będziesz inny”.

I to jest cholernie trudne do przyjęcia. Bo to nie jest prawdziwa miłość. To transakcja.

* * *

Sam się na tym łapię. Kiedy rozmawiam z kimś bliskim, kiedy prowadzę sesje rozwojowe, kiedy spotykam się z przyjaciółmi. Czasem zamiast być tam, gdzie jestem, zaczynam myśleć: „Dobrze by było, gdyby…”. I nagle już nie jestem w relacji. Jestem w swoim planie na drugą osobę.

To nie znaczy, że nie możemy chcieć dla kogoś rozwoju. Możemy. Ale to chcenie musi się rodzić z miłości do tej osoby tutaj, teraz – a nie z projekcji tego, kim ta osoba mogłaby się stać.

Bo jeśli nie widzę człowieka, który siedzi obok; jeśli dostrzegam tylko potencjał, obietnicę, perspektywę – to tak naprawdę nie jestem w relacji.

Jestem w swoim wyobrażeniu.

* * *

A Ty? Zatrzymaj się na moment i zadaj sobie pytanie:

Czy widzisz ludzi, z którymi pracujesz, takimi, jacy są? Czy może widzisz ich przez pryzmat tego, kim chciałbyś, żeby się stali?

Bez oceny. Bez pośpiechu. Po prostu to zauważ.

Bo prawdziwa zmiana zaczyna się wtedy, gdy ktoś czuje, że jest widziany. Nie jako projekt. Nie jako potencjał.

Ale jako człowiek. Tu i teraz.

Jeśli to w Tobie coś poruszyło, odpisz. Chętnie usłyszę, jak Ty o tym myślisz.

Tradycyjnie dzięki za wszystkie maile, a szczególnie za te o Waszych szalonych pomysłach i marzeniach (ogolenie głowy na łyso to był hit 😁) po liście o huśtawce.

Hej! Tu Mariusz – twórca Zwinnego Newslettera.

Poniżej znajdziesz kilka ostatnich wydań newslettera. Rzuć na nie okiem w wolnej chwili i daj się zainspirować.

Read more from Hej! Tu Mariusz – twórca Zwinnego Newslettera.

Ostatnio siedzieliśmy na zajęciach z literatury muzycznej na Akademii Muzycznej. I rozmawialiśmy o przełomach. O tym, jak rodziły się nowe style muzyczne. Jazz, który był skandalem. Dodekafonia, której nie chciały sale koncertowe. Rock and roll, który „deprawował młodzież”. Za każdym razem ten sam schemat. Nowe brzmienie pojawia się na horyzoncie, a środowisko zaciska pięści. Krytykuje. Odrzuca. Czasem przez lata całe. I nagle ktoś wspomniał o Chaplinie. Chaplin przez lata odmawiał pracy w...

W ostatnim newsletterze pisałem Ci o kosmitach. O tym, jak bardzo chcemy, żeby „ktoś tam był”. Ktoś mądrzejszy, ktoś z zewnątrz, ktoś kto wie więcej i zdejmie z nas ciężar odpowiedzialności za własne życie. Ten tekst był o potrzebie zewnętrznego punktu oparcia. Dzisiaj chcę pójść o krok dalej. I przyznam, że to jeden z trudniejszych tekstów, jakie przyszło mi napisać. Bo dotyczy czegoś, co jest zdecydowanie bliżej mnie niż kosmici. Przez prawie czterdzieści lat życia musiałem mieć kogoś, na...

Jechaliśmy z Olą w Gorce. Droga długa, rozmowa leniwa, jeden z tych momentów, kiedy myśli płyną same. I nagle, nie wiem skąd, wyskoczył mi temat kosmitów. – A co, jeśli tam ktoś jest? – zapytałem. Ola zastanowiła się chwilę. – A co, jeśli tam nikogo nie ma? I wtedy poczułem coś dziwnego. Jakiś taki lekki niepokój. Jakby ta druga opcja była… cięższa. Dlaczego tak bardzo chcemy, żeby „ktoś tam był”? Bo to by znaczyło, że ktoś wie lepiej. Ktoś już przez to przeszedł. Może patrzy. Może pomoże. A...