|
Ile razy złapałeś się na tym, że patrzysz na kogoś i myślisz: „Też chciałbym tak mieć, tak żyć, tak wyglądać, tak prowadzić firmę, tak grać na instrumencie”? A tymczasem każdy z nas jest w innym miejscu swojej drogi. Osoba, z którą się porównujesz, często ma za sobą lata pracy, błędów i nauki. Ty widzisz tylko efekt końcowy – a nie cały proces. Widzisz zdjęcie, występ, projekt. Nie widzisz lat codziennej pracy, upadków, zwątpienia. Porównania są jak krzywe lustra. Zniekształcają. Zamiast dodawać siły, odbierają ją. Bo w tle pojawia się głos: „Ty jeszcze tam nie jesteś. Robisz wciąż za mało”. Ferenc Németh, znakomity perkusista jazzowy, powiedział mi kiedyś podczas warsztatów, że jedynym sensownym punktem odniesienia jesteśmy my sami – sprzed roku, sprzed pięciu lat, sprzed wczoraj. Czy coś w Tobie urosło? Czy czegoś się nauczyłeś? Czy jest w Tobie więcej spokoju, odwagi, mądrości? Może to jest właśnie miara postępu – nie cudze osiągnięcia, tylko Twoje własne kroki. Czasem małe, czasem niezgrabne. Ale Twoje. Kiedy następnym razem poczujesz ukłucie porównania, przeglądając Instagram czy Facebooka, spróbuj odwrócić wzrok od innych i zapytać siebie: „A jak wygląda moja droga? Gdzie byłem rok temu, a gdzie jestem dziś?” To pytanie potrafi być uwalniające. Dziękuję, że mnie czytasz. Dziękuję, że odpowiadasz. Robię wszystko, żeby odpisać na wszystkie listy :) |
Poniżej znajdziesz kilka ostatnich wydań newslettera. Rzuć na nie okiem w wolnej chwili i daj się zainspirować.
Ostatnio siedzieliśmy na zajęciach z literatury muzycznej na Akademii Muzycznej. I rozmawialiśmy o przełomach. O tym, jak rodziły się nowe style muzyczne. Jazz, który był skandalem. Dodekafonia, której nie chciały sale koncertowe. Rock and roll, który „deprawował młodzież”. Za każdym razem ten sam schemat. Nowe brzmienie pojawia się na horyzoncie, a środowisko zaciska pięści. Krytykuje. Odrzuca. Czasem przez lata całe. I nagle ktoś wspomniał o Chaplinie. Chaplin przez lata odmawiał pracy w...
W ostatnim newsletterze pisałem Ci o kosmitach. O tym, jak bardzo chcemy, żeby „ktoś tam był”. Ktoś mądrzejszy, ktoś z zewnątrz, ktoś kto wie więcej i zdejmie z nas ciężar odpowiedzialności za własne życie. Ten tekst był o potrzebie zewnętrznego punktu oparcia. Dzisiaj chcę pójść o krok dalej. I przyznam, że to jeden z trudniejszych tekstów, jakie przyszło mi napisać. Bo dotyczy czegoś, co jest zdecydowanie bliżej mnie niż kosmici. Przez prawie czterdzieści lat życia musiałem mieć kogoś, na...
Jechaliśmy z Olą w Gorce. Droga długa, rozmowa leniwa, jeden z tych momentów, kiedy myśli płyną same. I nagle, nie wiem skąd, wyskoczył mi temat kosmitów. – A co, jeśli tam ktoś jest? – zapytałem. Ola zastanowiła się chwilę. – A co, jeśli tam nikogo nie ma? I wtedy poczułem coś dziwnego. Jakiś taki lekki niepokój. Jakby ta druga opcja była… cięższa. Dlaczego tak bardzo chcemy, żeby „ktoś tam był”? Bo to by znaczyło, że ktoś wie lepiej. Ktoś już przez to przeszedł. Może patrzy. Może pomoże. A...