🏆 Każdy człowiek jest większy niż nasze teorie na jego temat


W swojej ostatniej książce, Dar przywództwa, pisałem sporo o słuchaniu wewnętrznego głosu. O tym, żeby go słuchać, bo często właśnie on pokazuje nam, co jest nasze, a co tylko „przyszło z zewnątrz”.

Problem w tym, że wielu z nas go nie słyszy. W głowie mamy hałas — opinie rodziców, nauczycieli, przyjaciół. Różne „wglądy”, które czasem brzmią mądrze, ale nie mają nic wspólnego z tym, co naprawdę czujemy.

Co ciekawe – większość tych „wglądów” nie bierze się z naszego doświadczenia. Nie wynika z emocji, przeżyć, konkretnych sytuacji. To są cudze opinie. Czasem dobrze brzmią, czasem nawet pomocne, ale wciąż – przychodzą z zewnątrz.

I kiedy ktoś stawia swoje przekonania ponad nasze uczucia, to tak naprawdę nas nie słucha. Wtedy zamiast zrozumienia pojawiają się nietrafione osądy. A my, jeśli zaczynamy tego słuchać, tracimy kontakt z własnym głosem. Głuchniemy.

Podczas studiów filozoficznych poznałem ks. prof. Tischnera. Miał duży wpływ na moje myślenie. Jednym z głównych tematów, którymi się zajmował, było spotkanie. Co to znaczy naprawdę spotkać drugiego człowieka?

Spotkać, to postawić się w jego sytuacji. Rozpoznać w nim siebie – bo nic co ludzkie nie jest nam obce. Ale to nie wszystko. Spotkać to też uznać, że ten człowiek jest kimś zupełnie innym niż ja. Niepowtarzalnym. Jak pisał Bierdiajew – każdy człowiek to osobne centrum wszechświata. A centrów jest nieskończenie wiele.

Kiedy wchodzimy w relację, często chcemy dotknąć czyjejś istoty. Zobaczyć, co się kryje pod jego historią, przekonaniami, tym, co nosi w sobie od dziecka. Ale… czasem zamiast spotkania, szukamy potwierdzenia. Chcemy, żeby ta osoba pasowała do roli, którą jej przypisaliśmy. Do projektu, który stworzyliśmy w głowie na jej temat.

A to donikąd nie prowadzi.

Dopóki próbujemy dopasować innych do naszych oczekiwań, nie jesteśmy w stanie ich naprawdę poznać. A jeśli nie poznamy, nigdy nie będziemy mogli rozkoszować się niespodzianką jaką jest spotkanie z drugim człowiekiem. A właśnie to w naszych spotkaniach bywa najcenniejsze.

***

Dzisiejszy wpis jest mocno refleksyjny. Ostatnio miałem kilka głębokich sesji 1:1 z pewnym liderem. Dużo pracowaliśmy nad tym, przez jakie filtry patrzy na innych. I to nie była łatwa rozmowa. Sam często łapię się na tym, że oceniam, że mam gotowe założenia, zanim ktoś w ogóle zdąży coś powiedzieć.

Ale – jak mówił Nathaniel Branden – już samo uświadomienie sobie tego, to pierwszy krok do zmiany.

👉 A Ty? Kiedy ostatnio naprawdę spotkałeś/łaś drugiego człowieka?

Może dziś zamiast oceniać, spróbujesz po prostu usłyszeć.

Bez projektów. Bez oczekiwań. Z ciekawością.

Jeśli coś Ci się w tym tekście wybrzmiało — napisz. Chętnie poczytam, co Ty o tym myślisz.

Hej! Tu Mariusz – twórca Zwinnego Newslettera.

Poniżej znajdziesz kilka ostatnich wydań newslettera. Rzuć na nie okiem w wolnej chwili i daj się zainspirować.

Read more from Hej! Tu Mariusz – twórca Zwinnego Newslettera.

Ostatnio siedzieliśmy na zajęciach z literatury muzycznej na Akademii Muzycznej. I rozmawialiśmy o przełomach. O tym, jak rodziły się nowe style muzyczne. Jazz, który był skandalem. Dodekafonia, której nie chciały sale koncertowe. Rock and roll, który „deprawował młodzież”. Za każdym razem ten sam schemat. Nowe brzmienie pojawia się na horyzoncie, a środowisko zaciska pięści. Krytykuje. Odrzuca. Czasem przez lata całe. I nagle ktoś wspomniał o Chaplinie. Chaplin przez lata odmawiał pracy w...

W ostatnim newsletterze pisałem Ci o kosmitach. O tym, jak bardzo chcemy, żeby „ktoś tam był”. Ktoś mądrzejszy, ktoś z zewnątrz, ktoś kto wie więcej i zdejmie z nas ciężar odpowiedzialności za własne życie. Ten tekst był o potrzebie zewnętrznego punktu oparcia. Dzisiaj chcę pójść o krok dalej. I przyznam, że to jeden z trudniejszych tekstów, jakie przyszło mi napisać. Bo dotyczy czegoś, co jest zdecydowanie bliżej mnie niż kosmici. Przez prawie czterdzieści lat życia musiałem mieć kogoś, na...

Jechaliśmy z Olą w Gorce. Droga długa, rozmowa leniwa, jeden z tych momentów, kiedy myśli płyną same. I nagle, nie wiem skąd, wyskoczył mi temat kosmitów. – A co, jeśli tam ktoś jest? – zapytałem. Ola zastanowiła się chwilę. – A co, jeśli tam nikogo nie ma? I wtedy poczułem coś dziwnego. Jakiś taki lekki niepokój. Jakby ta druga opcja była… cięższa. Dlaczego tak bardzo chcemy, żeby „ktoś tam był”? Bo to by znaczyło, że ktoś wie lepiej. Ktoś już przez to przeszedł. Może patrzy. Może pomoże. A...